Wracałem wraz z zespołem późną nocą z koncertu. Jako, że jedyny byłem trzeźwy - prowadziłem samochód.
- Możesz nas już tu zostawić. Poradzimy sobie. - Powiedział Matt, przyjaciel.
- Okey, jak sobie chcecie. - Wzruszyłem obojętnie ramionami.
Zatrzymałem samochód przy przystanku autobusowym. Nie będę za nich odpowiadał. Niech robią co chcą... W końcu są dorośli.
- Trzymajcie się! - Krzyknąłem jak już zamykali drzwi.
- No, cześć. Dzięki za podwózkę.
- Nie ma sprawy. - Mruknąłem sam do siebie siedząc w pustym już samochodzie.
Przerzuciłem bieg i ruszyłem z miejsca. Nie wiem skąd, ale na drodze pojawiła się mgła. W mieście, i to tak gęsta, że musiałem się skupić gdzie jadę żeby trafić do domu w jednym kawałku. Odwróciłem na chwilę wzrok, patrząc czy nic nie jedzie z lewej. Spojrzałem ponownie przed siebie i docisnąłem hamulec widząc jakąś postać pchającą mi się pod koła.
- Co jest?! - Wściekłem się. To była kobieta.
Rozpiąłem pasy i wygramoliłem się z auta.
- Nic pani nie jest? - Przyglądnąłem się czy nic jej nie zrobiłem.
(Zara?)
Narazie w porządku, ale ta czcionka mnie denerwuje. ;p
OdpowiedzUsuń